Głównym problemem istot ludzkich nie jest religia, jak twierdzą Nowi Ateiści. Jest nim plemienność. Wiemy o tym między innymi stąd, że szympansy – nasi najbliżsi biologiczni krewni – prowadzą wojny, mimo iż nie są zwierzętami religijnymi, a jedynie plemiennymi. Plemienność również ma swój zasadniczy problem – i nie jest nim rywalizacja z jej tendencją do wytwarzania zwycięzców i przegranych, choćby i tymczasowych. Tym problemem jest współpraca, to ona bowiem pozwala nam istnieć jako wyodrębnione grupy. Grupa, z definicji, jest zbiorowością, która współdziała w dążeniu do czegoś. Nie może dążyć do niczego, ponieważ nie można jednoczyć się wokół niczego. Brak wspólnego celu może tylko dzielić. Dlatego ataki na wspólny cel – uzasadniane tym, że sprzyja on plemienności – prowadzą jedynie do podziałów. Polityka tożsamości, która wyłania się, gdy główny cel jest krytykowany w sposób nadmiernie destrukcyjny, nieuchronnie prowadzi do sytuacji znanej z opowieści o Wieży Babel: społeczność rozprasza się na prymitywne plemiona i poszczególne grupy zaczynają mówić własnymi językami.
Jedną z alternatyw wobec fragmentacji jest zjednoczenie pod wspólnym sztandarem – zbiorowym ideałem, sprawą lub celem. Problem z jednoczeniem się pod wspólnym sztandarem, na co słusznie zwracają uwagę postmoderniści promujący politykę tożsamości, polega na tym, że nadanie wartości czemuś oznacza jednoczesne deprecjonowanie innych rzeczy. Wartościowanie jest więc zarazem procesem wykluczającym. Alternatywą jest jednak bezwartościowość, która jest równoznaczna z nihilizmem – a nihilizm wcale nie przynosi wolności od wykluczenia. Sprawia jedynie, że wykluczeni są wszyscy, co jest stanem nie do zniesienia: bezkierunkowym, chaotycznym oraz pełnym lęku i niepewności. Gdy taka niepewność osiąga poziom krytyczny, pojawia się reakcja przeciwstawna: najpierw nieświadoma, a następnie wyrażona zbiorowo potrzeba przywódcy uosabiającego ducha totalitarnej pewności, który ponad wszystko obiecuje przywrócenie Porządku. Społeczeństwo pozbawione jednoczącej zasady dryfuje więc, pozbawione kotwicy, pomiędzy nihilizmem a totalitaryzmem.
Ludzkość zmaga się z tym problemem od początku cywilizacji – od momentu, gdy nasza zdolność do tworzenia dużych grup, pomimo wszystkich swoich zalet, zaczęła stwarzać nowe zagrożenie: zagrożenie hiperdominacją państwa, kolektywu lub celu. Niemniej bez państwa następuje jedynie fragmentacja na mniejsze grupy. Samej grupy nie da się zlikwidować, ponieważ – czy tego chcemy, czy nie – ludzie są zwierzętami społecznymi, a nie samotnikami jak rekiny czy tygrysy. Jesteśmy graczami zespołowymi, przy czym należenie do jednej drużyny oznacza nienależenie do innych. W rezultacie każda drużyna marginalizuje, wyklucza i alienuje tych, którzy nie mogą grać według jej zasad, a także wchodzi w konflikt z innymi drużynami.
Na Zachodzie, począwszy od Bliskiego Wschodu, tysiące lat temu, w zbiorowej wyobraźni zaczęła się wyłaniać (użycie słowa „ewoluować” nie byłoby tu przesadą) nowa idea. Idąc za Dawkinsem można ją uznać za mem, choć jest to określenie zdecydowanie zbyt słabe. Ta idea, której rozwój daje się prześledzić aż do Egiptu i Mezopotamii, zanim ginie ona w niepisanej historii, to idea Boskiej Jednostki. Owo liczące eony dzieło wyobraźni stanowi dramatyczną prezentację rodzącej się koncepcji będącej rozwiązaniem problemu organizacji życia społecznego bez popadania ani w nihilistyczne podziały, ani w zwodniczą totalitarną pewność: grupa musi jednoczyć się pod sztandarem jednostki. To jednostka jest źródłem nowej mądrości, która aktualizuje przestarzałe, nihilistyczne lub totalitarne szczątki oraz chwałę przeszłości.
Na dobre i na złe idea ta osiąga swoje apogeum w chrześcijaństwie. Boska Jednostka jest męska, ponieważ kobiecość nie jest indywidualna: boska kobiecość to matka i dziecko. Charakterystycznym założeniem chrześcijaństwa jest jednak to, że odkupienie zarówno mężczyzn, jak i kobiet dokonuje się poprzez pierwiastek męski – właśnie dlatego, że męskość jest indywidualna. Główna idea, wyrażona w symboliczny, zdramatyzowany sposób, głosi, że odpowiedzią na paradoks nihilizmu i totalitaryzmu jest podporządkowanie grupy ideałowi Boskiej Jednostki.
Boska Jednostka to mężczyzna podziwiany przez wszystkich mężczyzn i upragniony partner wszystkich kobiet. Boska Jednostka to ideał, od którego odstępstwa karane są przez grupę pogardą i hańbą, a wierność któremu nagradzana jest uwagą i honorem. Boska Jednostka nie jest zwycięzcą pojedynczej gry, lecz graczem, który gra uczciwie i dlatego jest nieustannie zapraszany do kolejnych rozgrywek. Jest budowniczym, strażnikiem i rozszerzycielem państwa; tym, który odważnie idzie tam, gdzie nikt wcześniej nie dotarł, oraz tym, który nieustannie czuwa nad wdowami i dziećmi. Jego zdolność bezpośredniej i uczciwej komunikacji pozwala identyfikować, omawiać i łagodzić bolączki wiecznie towarzyszące ludzkiej egzystencji. Jest Zbawicielem Świata.
W przypadku kobiet Boska Jednostka nie jest podstawowym obrazem ze względu na ciężar, jaki dźwigają one w związku z reprodukcją. W przypadku kobiet tym obrazem jest Boska Matka i Dziecko. Nie oznacza to jednak, że mężczyzna jest Boską Jednostką, a kobieta nie – choć takie nieporozumienie jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę złożoność zagadnienia. Mężczyźni, podobnie jak kobiety, noszą w sobie Boską Matkę i Dziecko jako element swojej osobowości. U mężczyzn znajduje się on jednak w tle, podobnie jak Boska Jednostka znajduje się w tle psychiki kobiecej. Mężczyźni, z konieczności, odgrywają nieco mniejszą rolę w opiece nad małymi dziećmi. Zapewnia im to swobodę działania w charakterze jednostki na sposób, który do tej pory był dla kobiet niemal niemożliwy.
Identyfikacja z tymi obrazami jest tożsama z wiarą w nie. Wiara nie polega na deklarowaniu zgody z zestawem faktów, lecz na gotowości do odegrania czegoś, stania się czymś, postawienia na coś własnego życia. Dla mężczyzn i kobiet oznacza to dobrowolne przyjęcie odpowiedzialności – odpowiedzialności za siebie, rodzinę i państwo. W tej odpowiedzialności, a nie w prawach, zawiera się Sens sam w sobie – sens, który czyni życie znośnym.
Społeczeństwa, które odmawiają uznania obu tych elementów, skazują swoich mieszkańców na bezcelowość, nieszczęście, jałowość oraz wspomniane wcześniej niebezpieczeństwa nihilistycznych podziałów i zwodniczej, opresyjnej, totalitarnej pewności. Sens zawarty w odpowiedzialności jest koniecznym sensem życia – przeciwwagą dla jego straszliwej kruchości i niepewności.
Ale ludzie muszą jednoczyć się nie pod sztandarem swojej grupy i nie pod sztandarem pustki, lecz pod sztandarem jednostki. Oto genialne i wewnętrznie paradoksalne rozwiązanie problemów zarówno nihilistycznej nicości, jak i nadmiernie sztywnej tożsamości grupowej. To świadomość jednostki przekształca chaos możliwości w nadający się do zamieszkania porządek, jak raz za razem podkreślają największe mity o stworzeniu świata. Ta sama świadomość powstaje buntowniczo i objawiająco, by rozbić patologiczny oraz zbyt sztywny porządek kosmosu, gdy ten staje się stary, schorowany, rozmyślnie ślepy i skorumpowany. To właśnie ta świadomość jest obrazem Boga. Zamieszkuje ona każdą ucieleśnioną ludzką formę. Fakt jej istnienia jest powodem, dla którego prawo państwowe musi być związane najwyższym szacunkiem dla jednostki – niezależnie od jej grzechów i zbrodni.
To ta świadomość, a nie obiektywny materialny substrat Bytu, powinna być uznana za ostateczną rzeczywistość. Nie istnieje żadna oczywista przyczyna, dla której martwa materia miałaby mieć ontologiczną nadrzędność nad żywym duchem. Choć takie podejście przyniosło ogromny wzrost potęgi technologicznej ludzkości, pozostawiło tę potęgę w rękach coraz bardziej zwiedzonego społeczeństwa – a to stanowi śmiertelne zagrożenie. Taka moc musi być sprawowana przez tych, którzy szczerze i dobrowolnie zaakceptowali odpowiedzialność Istnienia. Inaczej okaże się zabójcza.
Zachód przez długi czas był cywilizowanym ucieleśnieniem idei Boskiej Jednostki – tej, która dokładnie to czyni. Symbolicznym wyrazem tego jest dobrowolne przyjęcie krzyża cierpienia na własne barki. Mimo wszystkich swoich wad Zachód był więc jaśniejącym światłem nadziei dla tych, którzy skazani byli na życie w miejscach zbyt chaotycznych lub zbyt skostniałych, by ludzki duch mógł je znieść. Lecz Zachód znajduje się dziś w poważnym niebezpieczeństwie zboczenia z właściwej drogi. Negatywnych konsekwencji tego faktu nie sposób przecenić.
Uważna lektura historii XX wieku objawia grozę towarzyszącą utracie wiary w ideę jednostki. Ostatecznie bowiem tylko jednostka cierpi. Grupa nie cierpi – cierpią jedynie ci, którzy wchodzą w jej skład. Dlatego jeśli cierpienie ma być traktowane poważnie, rzeczywistość jednostki musi zostać uznana za pierwotną. Bez tego nie może zaistnieć motywacja do jego ograniczania, a więc i żadna ulga. Zamiast tego produkcja cierpienia jednostek może być – i była, i będzie – racjonalizowana i usprawiedliwiana rzekomymi korzyściami dla przyszłości i dla grupy.
Skuteczna kontrola urodzeń pojawiła się jako jeden ze skutków naszego potężnego technologicznego materializmu. Towarzyszyło temu powstanie państw na tyle cywilizowanych, że kobiety mogą bezpiecznie chodzić po ulicach bez eskorty. Wciąż nie wiemy, jak zrównoważyć możliwości rozwoju indywidualności kobiet z odwieczną koniecznością pełnienia przez kobietę roli Matki Boskiej Jednostki. Dzielenie naszej cywilizacji na spolaryzowane obozy ideologiczne tożsamości kobiecej i męskiej z pewnością nie jest właściwą odpowiedzią na ten dylemat. Musimy być szczerzy – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – co do tego, czego naprawdę chcemy jako jednostki, i musimy o tym rozmawiać. Wiemy ponad wszelką wątpliwość, że społeczeństwa emancypujące kobiety są znacznie bardziej produktywne i pokojowe – i że związek ten ma charakter przyczynowy. Nie jest to więc kwestia „czy”, lecz „jak”.
Taka emancypacja nakłada jednak podwójny ciężar na bardziej autonomiczną kobietę, która musi godzić urzeczywistnianie potencjału swojego indywidualnego ducha z pragnieniem urodzenia i wychowania kolejnego pokolenia ludzkości. Aby żyć z wolnymi kobietami i czerpać korzyści z ich wolności i wyrafinowania, mężczyźni muszą wydobyć na światło dzienne swoją uśpioną psychiczną identyfikację z Boską Matką i Dzieckiem, nie tracąc przy tym swojej Boskiej Indywidualności. Muszą świadomie, dobrowolnie, celowo i strategicznie przyjąć odpowiedzialność za relację między autonomicznym kobiecym towarzystwem, wsparciem i miłością a odpowiedzialnością za wydanie na świat kolejnego pokolenia. Oznacza to między innymi odrzucenie błędnej idei przypadkowej gratyfikacji seksualnej. Seks jest albo impulsywnym, krótkoterminowym zaspokojeniem dominującego biologicznego popędu, albo zjednoczeniem dwóch świadomych duchów, które biorą odpowiedzialność za to, co czynią. Pierwsza opcja nie jest zbieżna z wymaganiami zaawansowanej cywilizacji, której utrzymanie i rozwój ponad wszystko potrzebuje przyjęcia odpowiedzialności. Z tego powodu seksualne interakcje między młodymi mężczyznami i kobietami – na przykład na uniwersytetach – coraz częściej i nieuchronnie podlegają surowej i tyranizującej regulacji państwa.
Na Zachodzie zamykamy również nasze wielkie katedry – te wspaniałe, monumentalne ucieleśnienia idei Boskiej Jednostki, na której opiera się nasza cywilizacja. Nie jest to jedynie kwestia praktyczna czy materialna: to proces symboliczny i ideowy, którego znaczenia nie sposób przecenić. Bez tej centralnej idei rozproszymy się i pogubimy. Nadszedł czas, aby każdy z nas uświadomił sobie to, na co od zawsze nalegają wielkie symboliczne opowieści przeszłości: że wszyscy jesteśmy synami i córkami Boskiego Logosu – samej świadomości – nosicielami jego Światła – oraz że jeśli nie chcemy, by na Ziemi rozpętało się piekło, musimy postępować zgodnie z tym fundamentalnym faktem. Oznacza to przede wszystkim mówienie prawdy i troskę o siebie nawzajem, zaczynając od poziomu jednostki i stopniowo obejmując coraz szersze kręgi społeczeństwa. Alternatywą – jak te same opowieści zawsze ostrzegały – jest trwałe urzeczywistnienie grozy, którą wielokrotnie widzieliśmy już w minionym, krwawym i straszliwym stuleciu.
Musimy się obudzić – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – i musimy zrobić to teraz. Każdy z nas musi wziąć świat na swoje barki – na tyle, na ile jest do tego zdolny – i przyjąć indywidualną odpowiedzialność za okropności i cierpienie towarzyszące istnieniu. W tym odnajdziemy Sens, bez którego życie jest jedynie cierpieniem rodzącym najpierw urazę, a potem pragnienie zemsty i zniszczenia. Zamiast nieustannie domagać się praw, musimy brać na siebie odpowiedzialność. Zamiast tkwić w roli starzejących się dzieci, musimy stać się dorosłymi. Musimy żyć w prawdzie i mówić prawdę. Potrzebujemy sprawiedliwości i współczucia zjednoczonych ze sobą – nie osądu i litości, które miażdżą i pożerają.
Dlatego w nadchodzącym roku uczyń siebie lepszym człowiekiem. Napraw to, co możesz naprawić i co chciałbyś naprawić. Zacznij już teraz. Z pewnością masz przed samym sobą coś, co domaga się naprawy, woła do twojego sumienia – jeśli tylko zechcesz to usłyszeć – prosząc o twoje naprawcze wysiłki, jakkolwiek niezdarne by one nie były. Zacznij od małych rzeczy. Gdy opanujesz ten proces, będziesz mógł bezpiecznie i kompetentnie poszerzać jego zakres. Wtedy staniesz się zdolny do naprawiania większych spraw, zamiast jedynie je pogarszać swoją niewiedzą i arogancją. Robiąc to zredukujesz ilość bezsensownego i niepotrzebnego cierpienia, a świat – mimo wszystkich swoich wad i niedoskonałości – stanie się lepszym miejscem.
Dopóki nie potrafimy wyobrazić sobie niczego lepszego, sama to postawa wystarcza jako Sens i Cel.
Szczęśliwego Nowego Roku i wszystkiego najlepszego dla was wszystkich.
Autor: Jordan B. Peterson
Źródło: http://jordanbpeterson.com/
Tłumaczenie: Adam Danisz









