Jordan B. Peterson – Krótka rozprawa o istnieniu Boga

Tekst opublikowany pierwotnie w 2006 roku.

 

Fakt, iż starożytni Izraelici orzekli, że imię jedynego Boga ma pozostać niewypowiedziane, a Absolut nie może być ukazywany na obrazach, w żadnym wypadku nie jest bez znaczenia.

Wywodzące się z tego samego źródła głęboko zakorzenione mitologiczne troski, motywują współczesnych muzułmanów do sprzeciwiania się wyimaginowanym przedstawieniom Mahometa bez względu na to, jak pozornie nieszkodliwe wydaje się to z Zachodniej perspektywy. W rzeczywistości możliwym jest – po prostu dzięki właściwemu rozważeniu tego faktu – osiągnięcie znacznie głębszego rozumienia kwestii wiary w Boga lub jej braku; kwestii, która jest nadrzędna dla wielu współczesnych ludzi, mimo że jest ona pod wieloma względami absurdalna.

Kultura żydowska przekazała całemu Zachodniemu światu ideę, że szeroko pojmowana rzeczywistość jest jednorodna, transcendentna i niedająca się opisać słowami. Czy jest to coś, w co trzeba wierzyć, czy też nie – a może, w jakimś aksjomatycznym sensie, jest to po prostu fakt? Nie ulega wątpliwości, a wręcz jest czymś oczywistym, że można wyobrazić sobie jedność wszechrzeczy tylko przez doprowadzenie abstrakcji do jej granic.

Każdy byt lub obiekt składa się z części; z drugiej strony każdy byt można zgrupować z innymi, tak aby stworzyć coś bardziej ogólnego. W konsekwencji wyłania się całość bytu, która przekracza swoje elementy składowe – całość, która jest co najmniej sumą wszystkich jej części, ale może również być czymś więcej.

Ponadto, jeśli chodzi o jej złożoność oraz jej przestrzenną i czasową rozległość, całość ta jest wyraźnie transcendentna, ponieważ w pewnym sensie jest pełniejsza niż pojedyncza postrzegająca (świat) jednostka. Czy rozsądnym jest postrzeganie tej całości jako czegoś niemożliwego do opisania? Czymś całkiem prawdopodobnym wydaje się, że za zakazami ukazywania Boga obrazem lub słowem stały – świadome bądź nieświadome – cele i intencje.

Taoiści ostrzegają przed myleniem palca wskazującego na Księżyc z samym Księżycem. Idea ta weszła do naszej kultury dzięki obrazom René Magritte’a, który podkreślał, że obraz fajki jest obrazem, a nie fajką, oraz dzięki filozofom, którzy podkreślają, że mapa nie jest terytorium. Problem z mapą polega oczywiście na tym, że łatwo jest pomylić ją z terytorium, kompletnie nie dostrzegając tego terytorium. Tak właśnie jest z Bogiem.

Próba wciskania na siłę transcendentnej rzeczywistości do ideologicznej reprezentacji – bez względu na to, jak imponująca by ona nie była – powoduje nie tylko niebezpieczeństwo sprowadzenia Absolutu do absurdu, ale także ryzyko odebrania właściwych dla transcendencji, potencjalnych odczuć podziwu i przerażenia, a także wymieszania się Absolutu z jego reprezentacją. Taka minimalizacja i niewłaściwa deifikacja może pozbawić życie jego transcendentnego znaczenia, i zwrócić z natury kruchego człowieka przeciwko egzystencji. W historii ludzkości działo się to wielokrotnie – jak choćby w ostatnim stuleciu, kiedy to nasze społeczeństwa były nieustannie i straszliwie prześladowane przez swoich idoli.

Możemy więc wprost stwierdzić, że istnieje transcendentna całość, której zasadnicza natura jest czymś niewypowiedzianym. Co więcej, starożytni Żydzi wysunęli jeszcze bardziej radykalne twierdzenie – takie, którego prawdziwość, jak twierdzę, można wykazać, używając tego samego, zrozumiałego, oczywistego uzasadnienia. Ci starożytni, plemienni ludzie uważali, że możliwym jest ustanowienie osobistego związku z tą całością oraz że próba dokonania tego była najwyższym z moralnych obowiązków i najwyższą z cnót.

Co z tym stwierdzeniem powinien zrobić trzeźwo myślący, sceptyczny myśliciel? Najpierw musimy ustalić, że część jest zawsze częścią w odniesieniu do całości (chociaż z pewnością nie zawsze jest w relacji osobistej). Pojedynczy telefon jest częścią sieci telefonicznej i istnieje jako telefon tylko w odniesieniu do tej całości (w przeciwnym razie jest tylko zwyczajną, ogólną rzeczą).

Komórka w ludzkim ciele istnieje w odniesieniu do tego ciała. Na podobnej zasadzie istota ludzka jest jednocześnie, i z konieczności, częścią składową wielu nadrzędnych systemów, które mogą być postrzegane jako osiągające punkt kulminacyjny w czymś pojedynczym i zarazem kompletnym. Rzecz jasna nie mówi nam to nic na temat tego, czy taki związek jest osobisty. Można przypuszczać, że wybór doświadczania dynamiki części względem całości jako czegoś osobistego jest w istocie wyborem (a zatem może stanowić również rodzaj odkrycia) i że dokonanie takiego wyboru determinuje nie tylko to, czy relacja ta jest rzeczywiście osobista, ale także to, co z niej wynika.

W przeciwnym razie: co mamy zrobić z dyskusją Sokratesa na temat jego związku z jego daimonem [gr. głos sumienia – przyp. tłum.]? Jest to właściwe pytanie dla sceptyków, ponieważ można przyjąć za pewnik, że – w przeciwieństwie do Chrystusa i Buddy – Sokrates istniał w jakimś szczególnym i ewidentnie konkretnym sensie historycznym.

Przyjmuje się również bez żadnych poważnych wątpliwości, że Sokrates odegrał rolę równie ważną dla współczesnych myśli i koncepcji, jak Chrystus dla współczesnych praktyk i wierzeń religijnych (zakładając na chwilę, że w ogóle istniał – historycznie lub inaczej). Posiadamy również wiarygodne informacje z co najmniej dwóch źródeł (Platon i Ksenofont) dotyczące natury apologii Sokratesa, która – inaczej mówiąc – była jego obroną, wygłoszoną podczas jego procesu o herezję i psucie ateńskiej młodzieży.

Sokrates cieszy się dziś dość dobrą reputacją, choć wśród ludzi jego czasów owiany był złą sławą za swój nietaktowny, zatrważający zwyczaj demonstrowania swoim rozmówcom ich kompletnej ignorancji w kwestii podstaw ich przekonań. Sokrates był pierwszym człowiekiem, który się przebudził, niemal jak ze snu, i zdał sobie sprawę, że ambicja, motywacja i wierzenia są ślepe i nieuświadomione.

Czymś rzecz jasna bardzo kłopotliwym jest stawianie czoła przeciwnikowi, który jest w stanie wykazać, że czyjeś najcenniejsze, fundamentalne, a nawet nieświadome przekonania opierają się nie na doświadczeniu czy refleksji, lecz na domniemaniu, a także, że ignorancja dotycząca ich podstaw jest sama w sobie niewidoczna. Udowodnienie konkretnemu człowiekowi, że jego pewność siebie jest iluzoryczna, to prosta droga do uczynienia go swoim wrogiem – a Sokrates narobił sobie takich wrogów wielu.

W czasach Sokratesa Ateny były niewielkim miastem, w którym wszyscy znali zarówno siebie nawzajem, jak i swoje interesy. Sokrates był gadułą i nagrabił sobie u wielu wpływowych ludzi, ale jednocześnie był też postacią bardzo popularną i charyzmatyczną. Z czasem jednak potęga jego wrogów – bądź też ich frustracja i okrucieństwo – uległa zwielokrotnieniu i byli oni gotowi do podjęcia desperackich kroków. Sokrates miał stanąć przed sądem i zostać skazany na śmierć.

Istotne jest jednak zrozumienie, że był to raczej manewr polityczny aniżeli próba zabójstwa (potencjalnego czy innego). Sokrates nie został aresztowany i wtrącony do więzienia w oczekiwaniu na proces i pewną egzekucję. Wręcz przeciwnie: został ostrzeżony z dużym wyprzedzeniem – a jego przeciwnicy wyraźnie oczekiwali, że sam uda się na banicję, by problem jego irytującej obecności rozwiązał się sam.

W tamtych czasach było to w Atenach powszechną praktyką, a przyjaciel Sokratesa nie tylko spodziewał się, że Sokrates zaakceptuje wygnanie, ale wręcz doradzał mu, by to uczynił. W rzeczy samej, początkowo także i sam Sokrates spodziewał się ucieczki. Przecież nie spieszno mu było umierać, nie czuł się winny i doskonale zdawał sobie sprawę, że jest niesprawiedliwie prześladowany przez wrogów zasługujących jedynie na pogardę. Jednakże tak się nie stało. Po konsultacji ze swoim „daimonem” Sokrates poczuł się zmuszony stawić czoła zmyślonym zarzutom, które na nim ciążyły – pomimo ich ewidentnej fałszywości. Jego opis procesu, w którym nastąpiła u niego ta zmiana, jest doprawdy niezwykły.

Sokrates powiedział swoim przyjaciołom – a później także swoim prześladowcom – że jest jedna rzecz, która naprawdę odróżnia go od innych ludzi (jego zwolennicy i wrogowie wiedzieli, że coś wyróżniało go od innych). Tym czymś była właśnie relacja, jaką ustanowił ze swoim daimonem.

Powiedział, że stosunkowo wcześnie zdecydował, iż założy, że głos jego daimona jest czymś rzeczywistym, czymś prawdziwym (w przeciwieństwie do jego własnej opinii, która w jakiś sposób różniła się od opinii daimona, bądź opinii innych osób, tudzież rzeczywistości w innej postaci, materialistycznej, romantycznej czy też innej). Wskazując niniejszym, że owy daimon był tym samym, co starożytni Żydzi rozpoznali jako indywidualną relację z czymś niewypowiedzianym, chrześcijanie jako Ducha Świętego (czy Chrystusa) znajdującego się w każdym z nas, a Rzymianie po prostu jako geniusz. A więc to geniusz Sokratesa powiedział mu, żeby nie uciekał.

Szczególnie interesującym w relacji Sokratesa – poza jej historyczną wiarygodnością – jest przyznanie, że to, co usłyszał od swojego daimona zadziwiło go, oraz to, że traktując jego twierdzenia jako aksjomaty, przeorganizował on swoją psychikę – pomimo nieoczekiwanej i zaskakującej natury tych twierdzeń. Widzimy tu wiarę w jej najczystszej i odwagę w jej najbardziej ekstremalnej postaci. Zamiast zaprzeczyć swojej relacji z tym, co zawsze go wspierało, Sokrates postanowił zamiast tego zakwestionować swoje niekwestionowane założenie – że jego własna śmierć musi być czymś złym.

Sokrates przekształcił stwierdzenie „jeśli mój daimon każe mi poddać się śmierci, mój daimon musi się mylić” w stwierdzenie „jeśli mój daimon każe mi poddać się śmierci, to moje nieświadome i niezbadane uprzedzenia dotyczące mojej własnej śmierci muszą być błędne”.

Uczyniwszy to, był w stanie zrozumieć, a następnie wyjaśnić swoim przyjaciołom, że faktycznie otrzymał dar od bogów. W nagrodę za wzorowe i przykładne życie zaoferowano mu możliwość, by schludnie i z godnością uniknąć dewastujących i upodlających skutków starości (być może szczególnie bolesnej dla trzeźwo myślącego filozofa), uporządkowania swoich spraw, pożegnania się z ukochanymi, zmierzenia się z prześladowcami i posiadania prawdziwie ostatniego słowa (pomyślmy tylko, jak długo to ostatnie słowo przetrwało).

W trakcie procesu Sokrates zwrócił się przeciwko swoim prześladowcom, oskarżając ich z wściekłością, która pozwoliła nam raz na zawsze przekonać się, dlaczego tak się go obawiano. Twierdząc, że osiągnął zrozumienie, które człowiekowi może dać tylko bliskość śmierci, Sokrates przedstawił dowody potwierdzające jego mądrość (zdawał sobie sprawę z ograniczeń swojej wiedzy i zwracał szczególną uwagę głos na swojego daimona), a także opisał wszystkie dowody poświadczające, że był on moralnym i sprawiedliwym człowiekiem.

Następnie ujawnił, iż w obliczu śmierci odkrył w sobie pokłady nieustraszoności, przypisując je swojej dobrowolnej służbie prawdzie i mądrości. Broniąc się w ten sposób, trzeźwo i błyskotliwie, rozbił psychologicznie ławników, którzy ośmielili się go oskarżyć, ujawniając ułomność moralną ich postaw. Po czym zginął.

Mamy tu więc świadectwo człowieka podziwianego nawet przez racjonalistów i materialistów. Niemniej jednak człowieka, który twierdził, że istnieje jakiś związek ze świętością, i który w pozbawionym mistycyzmu języku dawał do zrozumienia, że związek ten uszlachetniał go do tego stopnia, że był on w stanie stawić czoła własnej śmiertelności.

Relacja Sokratesa z jego daimonem (którą uważał w pewnym sensie za bardziej realną od swojej własnej śmierci) uczyniła go kimś mądrym ponad miarę i egzystencjalnie nieustraszonym. Można założyć, że tak niezwykły stan rzeczy, choć niewątpliwie niewytłumaczalny, jest konsekwencją ukształtowania prawdziwego związku z transcendentną całością Istnienia.

Potrafimy postrzegać świat istniejący na zewnątrz. Ale istnieje także świat wewnętrzny. Dobrowolnie dążymy do ustanowienia przybierającej różne formy relacji ze światem zewnętrznym (i jako dobrzy materialiści wierzymy, że taka relacja jest rzecz jasna możliwa). Mamy jednak dowody, że dokładnie to samo można zrobić ze światem wewnętrznym. Tak więc istnieje pewna całość i jest ona transcendentna.

Ponieważ jesteśmy częścią tej całości, jesteśmy w niej zagnieżdżeni i z nią powiązani. Dysponujemy świadectwem ludzi uważanych za wielkich zarówno przez osoby świeckie, jak i duchowne, twierdzących że taka relacja może być relacją osobistą – a jeśli taką się stanie, konsekwencją tego będą mądrość i odwaga w obliczu śmierci.

Kwestia wiary w Boga lub jej braku (albo też wiary w Jego istnienie lub w Jego nieistnienie) jest w świetle wskazanych wyżej powodów czymś absurdalnym. Prawdziwe pytanie ma dwojaki charakter: po pierwsze, jaka jest natura relacji ustanowionej z całością bytu (biorąc pod uwagę, że taka relacja jest nieunikniona)? Po drugie, jeśli przyjmiemy, że taka relacja jest nieunikniona, dlaczego nie uczynić jej wszystkim, czym może być?

 

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Autor: Jordan B. Peterson
Źródło: 42rulesforlife.com
Tłumaczenie: Adam Danisz (Jordan Peterson – Polska)

Dostępne płatności: Blik, dotpay, karta płatnicza lub karta kredytowa (Stripe.com)
Visa
American Express
Mastercard
Mastercard

©2021 www.jordanbpeterson.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Skontaktuj się z nami!

Nie ma nas w pobliżu ale możesz napisać nam email. Odpowiemy najszybciej jak to będzie możliwe. Możesz też napisać do nas w wiadomości na naszej stronie na facebooku. Otwórz Messengera :)

Wysyłanie

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

Nie pamiętasz hasła ?